Hej E, wiem że czasem nie dajesz rady i wolisz się poddać bo brak ci wsparcia i wiary we własne możliwości. Nie wazne ze czasem jestes totalną sierotą, szaloną acz zbyt skromną dziewczynką z dysfunkcją systemu motywacji. i nie ważne ze zupełnie na nic nie masz ochoty gdy wokoło słyszysz tylko marudzenie i ogólne niezadowolenie z życia. Masz do tego prawo. Mimo to, jak później zdajesz sobie sprawe - dobrze wiesz że nie warto być taką jak inni. Mam dosyć narzekania, złego spojrzenia, lenistwa i próżniactwa. Nieżyczliwości ludzkiej, złości i kłótni i wszystkiego co mnie wyłącza z normalnego życia. Chciałabym się nim cieszyć w pełni i nie zważać na to, ale tak sie po prostu nie da. Jestem zbyt wrażliwa i zbyt wiele negatywnych wspomnień mam w sobie żeby móc się wyciszyć i zignorować ostre słowa, nie reagując przy tym zbyt dosadnie, ze złością lub płaczem.
Na litość boską, dlaczego przyszło mi żyć w świecie wiecznego niezadowolenia i kaprysów wiecznie jęczących ludzi?! Gdzie jakieś pozytywne myślenie? Radość z życia? Nawet ludzie w kościele przestali podawać sobie ręce, o najbliższych nie wspominając. Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie zrozumiem.
Na litość boską, dlaczego przyszło mi żyć w świecie wiecznego niezadowolenia i kaprysów wiecznie jęczących ludzi?! Gdzie jakieś pozytywne myślenie? Radość z życia? Nawet ludzie w kościele przestali podawać sobie ręce, o najbliższych nie wspominając. Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie zrozumiem.
Tydzień na pustelni, w cichym, samotnym domu - czy tego było mi trzeba? Chyba tylko po to żeby zrozumieć i uświadomić sobie że jednak musze w życiu coś robić i nie moze być to banalne. Nie potrafie nie przebywać wśród ludzi dłuższą chwile. Zbyt długo i zbyt wielu mnie otaczało żebym teraz zwyczajnie nie mogła wytrzymać sama w domu.
Jestem jeszcze zbyt młoda i zbyt pełna życia, żeby nie wykorzystać siły która jest we mnie.
Wymaga ona tylko aktywacji, pchnięcia a nic mi w tym nie pomaga, o czym napisałam wyżej.
Ludzie, ogarnijcie sie, bo mozecie komuś uratować życie. A przy tym ocalić swoje.

Ośmielę się zasugerować, że może nigdy nie było czasów, w których zdecydowana większość ludzi starała się żyć na 100%, radośnie i bez narzekania. Sztuką jest utrzymywanie pozytywnego nastroju pomimo tego.
OdpowiedzUsuń[Przemaglowana mądrość Małgorzaty Musierowicz przeze mnie przemawia ^^].
Już nawet nie chodzi o życie na 100% i udawanie że wszystko jest w porządku, bo każdy ma wzloty i upadki, wiadomo. Jednak mam wrazenie ze ostatnimi czasy ludzie stanowczo przesadzają w marudzeniu. Jak nie ponękają nastrojem kogoś osobiście to napiszą to na blogu lub facebooku:p
OdpowiedzUsuńA bardziej chyba chodziło mi o to, że coraz częściej przyjmuje się postawę "rób sobie dobrze" i nie jest sie rozrzutnym w dobrych słowach i pozytywnym myśleniu, co mnie osobiście demotywuje. Nie pamiętam kiedy ostatnio słyszałam gdzieś "dziękuje" "wierzę w ciebie", "będzie dobrze", "przepraszam, "to moja wina" lub widziałam czystą bezinteresowną pomoc.
OdpowiedzUsuńW tym wszystkim chyba jest ważne- właśnie dlatego, że się nie widzi tej pomocy wokół siebie- nieść ją samemu. Największe wyzwanie...
OdpowiedzUsuńE, to ja ci mogę słać od czasu do czasu takie pozytywne smsy, najwyżej trochę bez związku z czymkolwiek ;)
OdpowiedzUsuńBardziej serio, to zgadzam się z A, i nie wiem czy to widać ale chciałam mniej więcej to samo powiedzieć wcześniej. Owszem, w dużej mierze sama mam wrażenie, że żyjemy teraz w rzeczywistości postępującego egoizmu, ale z drugiej strony nie chcę popaść w jakieś nadmierne gloryfikowanie przeszłości. No i oczywiście, zmiany zaczyna się wprowadzać od nas samych. Słyszałam taką ciekawą anegdotę nie tak dawno, tylko nie jestem w stanie ładnie ją tu powtórzyć, i nie pamiętam szczegółów. Szło to mniej więcej tak: pewien mężczyzna, będąc na mieście, przyuważył kobietę, która siedziała zrezygnowana gdzieś na jakiejś ławce. Podszedł i, od słowa do słowa, dowiedział się, że ją okradli, i ona teraz nie ma jak wrócić do domu, a mieszka poza miastem. I nikt nie chciał jej pomóc, bo wszyscy ją brali za naciągaczkę. Więc ten mężczyzna dał jej pieniądze na bilet powrotny, ona faktycznie wsiadła i pojechała.
Teraz najważniejsze: facet był potem mocno zgorzkniały. Że tylu ludzi tam przechodziło, i nikt tej kobiecie nie pomógł, i gdzie jest dobro? Czemu Bóg na to pozwala? I wtedy brat tego mężczyzny odpowiedział: No jak to gdzie jest dobro, co ty mówisz? Przecież Bóg wysłał na tą ulicę akurat ciebie, żebyś pomógł tej kobiecie. Nikt więcej nie był tam potrzebny.
To tak mniej więcej. Wniosek - trzeba samemu pomagać. O czym wszyscy wiemy i ja niepotrzebnie piszę takiego długaśnego komentarza, ale cóż, mam robić pracę domową... Pisać ładne i (mam nadzieję) sensowne komentarze jest mi znacznie przyjemniej, nawet jeśli leję wodę i zaczynam się już plątać ;)
ładnie-długo napisałaś i oczywiście zgadzam się z tobą.. tylko chyba wyszło całkiem odwrotnie niz chciałam. bo nie zamierzalam tu wjezdzac na ludzi, zwlaszcza gdy sama nie jestem idealnym przykładem postawy którą miałam na mysli.. niestety blog daje tą mozliwosc ze jak komus cos doskwiera to poprostu o tym pisze, wlasnie tam, troche jakby sam do siebie. Wyjatkiem jest tych pare osob które to czyta. Chyba mam jakies problemy z wyrazaniem siebie..a raczej z brakiem milosci i zyczliwosci innych. Zamiast tego ciagle dostaje po tyłku:p no ale coz, takie zycie;-)
OdpowiedzUsuńPS. http://gloria24.pl/internetowe-rekolekcje-zakochany-skazaniec?utm_source=FreshMail&utm_medium=email&utm_campaign=fm_Rekolekcje-%20Zakochany%20Skazaniec%20-8
OdpowiedzUsuńto chyba coś w temacie, polecam bardzo obejrzeć;-)