piątek, 9 sierpnia 2013

Beskid Żywiecki

Właściwie tych gór miało nie być, a jeśli już by były to w zupełnie innej wersji. Były i dalej są więc dla mnie miłym zaskoczeniem i poniekąd kolejnym szczytowym wyzwaniem:-)
Wyjechaliśmy w ciepłą noc 28 lipca w niewygodnych fotelach pks-u do Zawoji Markowej, skąd rozpoczęlismy kolejną beskidzką wędrówkę w wersji odwróconej. Na wstępie odwiedziliśmy Markowe Szczwiny, omijając Babią wylądowaliśmy na noclegu w bazie namiotowej (bardzo pustej bazie namiotowej) na Głuchaczkach (może nie bez przyczyny ta nazwa:P). Byliśmy jedynymi strudzonymi wędrowcami (do pewnego czasu), którzy chceli tu zaznać ukojenia w postaci łóżek i prysznica. Łóżka oczywiście bardzo oryginalne - grube, płaskie dechy osadzone na żerdziach, a na nich wojskowe materace. Nad nami ocieplone, fruwające enesy, obok drewniana chata z piecykiem, stołami i kolekcją różnorakich kubków, a w chacie trzech śmiałków z Katowic, którzy gospodarzą ową przystanią, a w której znaleźć można bogaty asortyment w postaci zbitego z dech prysznica, lepszej wersji latryny i wrzątku. Niestety zagotowanie go trwa coś około godz, a prądu jak na bazę przystało nie uświadczysz.


Grunt to wraz ze świtem powitać gory i ruszyć dalej o godz 10:00 ;-) Tym razem czerwonym szlakiem na Jaworzynę, przeł. Glinne do Hali Miziowej gdzie serwują miziowe kotlety, a schronisko przypomina renomowaną restaurację, gdzie można zjeść nawet kolację przy świecach i wyspać się w luksusowych z pewnością warunkach. Nie zachęciła nas ta rozpusta więc poszliśmy dalej na Palenicę, Trzy Kopce do Rysianki. I choć całkiem sympatycznie wyglądało owe schronisko, zachęceni pozytywnymi opiniamii o drugim na Hali Lipowskiej, postanowiliśmy przemierzyć dzielącą nas odległość 10min błotnistej drogi, by tam zregenerować siły na kolejny dzień. Niestety, publicznym rankingiom wierzyć nie należy, bo odbiegają one od tej wizji jaką sie ma mówiąc o "schronisku z klimatem". Większość molochów stawianych na górskich szlakach zjada komercha i wygoda, są więc nastawione na zyski, wprowadzając kosmiczne ceny. Chcąc nadążać za współczesnymi standardami, rezygnują z czegoś, co jest najważniejsze dla podróżujących - otwartości, skromności i specyficznego klimatu gór. Jeszcze troche i zapewne nie będą się one różniły od bufetu na plaży przy sopockim molo.


Moją pełną zwątpienia opinię podbudował jednak nocleg w kolejnym dniu wędrowania po (żółtym dla odmiany) szlaku. Tym razem (Chwała Bogu) była to bacówka na Rycerzowej do której dostaliśmy się przez Redykalny Wierch, Ujsoły, podjazdem do Soblówki. Ponieważ dzięki luźniejszej trasie, znaleźliśmy się na miejscu około godz. 16:30, mieliśmy chwilę aby zwiedzić trochę okolicę. Tak też dowiedzieliśmy się że oscypek u bacy kosztuje 18zł, dwa psy pilnują owiec, przed budynkiem stoi prawdziwe ale dziurawe tipi, które zapewne jest awaryjnym noclegiem, a prąd jest tylko przez 2 godz, od dwudziestej. Trzeba było jakoś spożytkować pozostały czas, więc chwytając w obiektyw w pół zachodzące słońce, zrobiliśmy kilka kreatywnych (jak się później okazało najlepszych) zdjęć:-) Oczywiście to nie wszystko. W pokoju noclegowym przyłączyli się do nas nowi współlokatorzy - małżeństwo z 5-letnim synkiem. Przesympatyczni ludzie:-) towarzyszyli nam również następnego dnia.


 Mimo że wyszliśmy o tej samej godzinie, ale różnymi szlakami zbierając przy tym pokamony (pieczątki) przydrożnych schronisk (Przegibek), na Wielką Raczę doszliśmy prawie że w tym samym czasie. Tam zjedliśmy ciepły posiłek (ba SCHABOWE!) podziwiając przy tym piękną panoramę gór słowackich, polskich i czeskich. Co więcej, okazało się, że ponownie trafił nam się wspólny nocleg z Jackiem, Martą i małym Borysem na czele:-) Na miejscu zastaliśmy już Łukasza- zhpowca, konstruktora drewnianych misiów, a wspólny wieczór w tym całym towarzystwie był świetnym przeżyciem i niesamowitą zabawą - rozmowy o filmach, naszych pasjach, czytania książek i bijatyki na klocki lego z Borysem to tylko pare słów, które by opisały ten czas;-) (nie wspominając już o mega głupawce doprowadzającej do łez i spuszczaniu wody w toalecie dla personelu) Zakończyłam dzień z wielkim uśmiechem na twarzy. Z drugiej strony było mi tak strasznie smutno że następny poranek rozpoczynał powrotną drogę do domu..


W piekącym i doprowadzającym do szaleństwa słońcu ruszyliśmy (tradycyjnie) o godz 9:35 długą drogą do Zwardonia. Ku mojej irytacji nie było to wcale zejście z górki, a ciągłe wchodzenie i schodzenie, które rozgrzewało do bólu kolana i stopy. Jak jeszcze z "zejściem" dawało się ostatecznie radę, tak nie wyobrażam sobie sytuacji odwrotnej i wejście ze Zwardonia na Wielką Raczę czerwonym szlakiem. Kategorycznie odradzam wszystkim w przyszłości wybierającym tę opcję! Dobrą ostoją w podróży okazała się być Skalanka - chatka studencka urzekająca swoją prostotą, klimatem i humorem, z bardzo otwartą na "turystów" gospodynią, która oprowadziła nas, pokazując wszystkie możliwe zakamarki;-) Docierając do zwardonia nie przypuszczałam chyba że będzie to wiocha zabita dechami bez żywej duszy na ulicy, zamkniętym dworcem pkp, kościołem i ostatnim na szlaku schroniskiem. Jest to jedna z granicznych miejscowości po polskiej stronie, po słowackiej jest natomiast Serafinów, które z góry wydawało się bardziej tętniące życiem. Plus tego na szczęście taki, że mają Lewiatana z klimatyzacją, a bilety do Katowic kosztują zaledwie 10zł. Podróż zakończyliśmy w Lublinie o 6 rano następnego dnia. Znów musiałam oglądać rodzinne miasto, choć o poranku wygląda zupełnie inaczej. Nie zdążyłam jeszcze dobrze wrócić, a już zaczęłam tęsknić..


PS. Katowice to na prawdę przedziwne miasto. Obok przepięknego dworca PKP, stoi coś nazwane dworcem PKS, które przegrywa nawet z lubelską ruską. Natomiast obok spodku przypominającego ufo stoją wysokie,szare kamienice. Kościołu i starego rynku tam nie widziałam, czułam natomiast wszechogarniający zapach ścieków i spalin.

A poza tym głupi blogspot zmienia mi jasność i kolory zdjęć! :[



3 komentarze:

  1. Ej no, co tu i ciebie tak pusto, wszyscy się rozjechali na krańce świata czy jak?
    W ogóle to masz mylącą datę w nagłówku notki, chwilę miałam dezorienta czy nie przeniosłaś się w czasie i nie piszesz z września ;)
    Chciałabym jakoś skomentować zdjęcia, ale mi smutno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Droga e, spotkajmy się na ciepłej herbacie bo nie zdzierżę więcej braku kontaktu z Tobą!

    Trzymaj się piękna. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. muszę się z wami zobaczyć w następnym tyg koniecznie! bo ten mam zapchany po brzegi:\

    OdpowiedzUsuń