środa, 17 października 2012

Wrześniowe Bieszczady

Po sporej przerwie odważe się napisać zanim moje wspomnienia już całkiem pójdą w zapomnienie, choć takie chwile zostają w pamięci na dłużej, warto je w jakiś sposób utrwalić. Ten wyjazd był dla mnie sporym zaskoczeniem, choć dużo wcześniej była o nim mowa. Po prostu wydawało mi się że z różnych przyczyn nie dojdzie on do skutku..a jednak. Wyjechaliśmy - ja, Mery, Mikołaj i pan Z.(mistrz motywacji) 27 września o 1 w nocy bez misternie ułożonych tras i noclegu.. jednym słowem kompletnie nie przygotowani i zdani na los. O świcie byliśmy już w Ustrzykach szukając jakiegokolwiek dachu nad głową (w ostateczności bylibyśmy skazani na dach samochodu) i znalazło się dla nas miejsce w domu rekolekcyjnym w pokoju ciasnym jak cela więzienna, na szczęście pomalowanym na żółto. W ogóle to w Ustrzykach nie wiele jest zabudowań a sklep jako jedyne źródło pożywienia, o ironio, jest czynny w godzinach kiedy akurat turyści są na szlakach. Te 3 dni które dane nam było spędzić w tym szczególnie ukochanym przeze mnie miejscu, staraliśmy się wykorzystać do granic możliwości - i tu chyba najtrafniej odzwierciedla to dzień drugi kiedy trasa jaką przeszliśmy liczyła około 10h. Mimo okropnie bolących nóg i wszechogarniającego zmęczenia, z czystym sumieniem  mogę powiedzieć że było warto i że mogłabym to powtórzyć!


Dzień pierwszy - Wiatrem uczesani

Na dobry początek zaczęliśmy od czerwonego podejścia na Połoninę Caryńską gdzie wiatr zabawiał się z nami w twistera (prawa noga na zielonym, oderwiesz - przegrywasz:P) i nie słyszysz własnych myśli.   Solidny postój zrobiłyśmy sobie dopiero w schronisku pod Małą Rawką gdzie czekała na nas jenga, herbata z cytryną i czekolada. (która potem jeszcze wielokrotnie ratowała nasz poziom glukozy we krwi). Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się robić tak długiego postoju w schronisku, choć w zasadzie zawsze trochę mi tego brakowało. Potem już tylko pozostało nam wejść na Małą i Wielką Rawkę i zejść z powrotem do Ustrzyk..

Połonina Caryńska
A to nasza wierna towarzyszka - Marysia:D wolała zrobić sobie postój z nami, uciekając od rodziców
Zafascynowały ją połonińskie trawy, które wręczała nam w prezencie, ot tak, na pamiątkę;-)



Dzień drugi - "I słowo niemożliwe znika";-)

Wyszliśmy z samego rana, przed otwarciem kas biletowych. Ponownie przywitała nas Caryńska, ale tym razem skręciliśmy na przysłup do schroniska koliba, niebieskim szlakiem do Widełek i znów pod górę na Bukowe Berdo i Krzemień. Zakończyliśmy Szerokim Wierchem i zeszliśmy czerwonym szlakiem do kwatery. Akurat zachodziło piękne czerwone słońce gdy znaleźliśmy się na dole. Łącznie przeszliśmy 10h bez większych przerw, w schronisku zatrzymaliśmy się tylko po pieczątki. Pogoda na szczęscie dopisywała więc naprawdę warto było się pomęczyć. I żeby tylko nie przyszło mi do głowy przemierzać kiedyś tą trasę na odwrót!

Caryńska po raz drugi
Bukowe Berdo i najniższy drogowskaz z Bieszczadach:D
Szeroki Wierch

Dzień trzeci - pożegnanie z latem

Z początku kapitulowałyśmy po doświadczeniach dnia poprzedniego, ale nasz mistrz motywacji pan Z. szybko postawił nas na nogi i ruszyliśmy na podbój najwyższego szczytu Bieszczad. Wystartowaliśmy z Wołosatego okropnie wydeptanym i obleganym szlakiem na żelazny krzyż. Niewątpliwie najgorsze było podejście, potem poszło już gładko.Frywolne rozmowy słowaków i panowie wbiegający na szczyt zdecydowanie przeszły do historii tego dnia;-) Ale nie w Tarnicy się zakochałam, choć po 5 latach wspaniale było tam powrócić. Moje serce zdobył Halicz - chyba najbardziej pokrzepiający szczyt w Bieszczadach, nie tylko przez widoki ale i fantastyczną trasę. Chciałabym kiedyś tam powrócić..

Kunie na szlaku;-)
Widok z Tarnicy
< 3
Kalwaria Pacławska
 bieszczadzki księżyc zaglądający nam do okien


Niedawno wróciłam do domu i chyba mocno zostałam uświadomiona że jest już jesień. Nie dość że niebo chlusnęło  na mnie wodą jak z wiadra to jeszcze wieczór, zimno a autobus nie przyjechał tak jak powinien..W takich chwilach dochodze do wniosku że wolałabym marznąć gdzie indziej, chociażby w górach, na pewno nie samotnie na przystanku. Takiej jesieni kiedy wszystko obraca się przeciwko mnie, zdecydowanie nie lubię.. Dobrze że chociaż herbata z cytryną smakuje wyjątkowo lepiej niż dotychczas..

Wszystko co piękne rzadko się zdarza
Błąkamy się po ślepych korytarzach
Może to magia, a może życia sens
Wierzyć w siebie i w coś co ważne jest..

http://www.youtube.com/watch?NR=1&v=kigZe4cpzqw&feature=endscreen


7 komentarzy:

  1. E, piękne zdjęcia! :D kiedyś musimy pojechać we trójkę ;) o ile będziesz chciała ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Halicz! :> ukochuję po prostu
    muszę iść do ciebie po zdjęcia, są piękniejsze niż myślałam [nie licząc moich, ale nie będę protestować, bo się w sumie nieźle uśmiałam, kiedy je zobaczyłam ^^]

    OdpowiedzUsuń
  3. ja nie mam nic przeciwko ^^
    [jakim cudem mnie wyprzedziłaś, A? to już nawet te same blogi w tym samym czasie przeglądamy? :D]

    OdpowiedzUsuń
  4. ha, jedna dusza w dwóch ciałach ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. pewnie że nie mam:-) w góry jestem zawsze chętna, o ile budżet i czas pozwala. Po zdjęcia zapraszam.. np w niedzielny wieczór;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. tak strasznie tęsknie za górami... piękne zdjęcia :)
    R

    OdpowiedzUsuń